Na jednym z nagrań zajęć jogi (link do nagrania) Wiktor Morgulec podchodzi do uczennicy stojącej na głowie, w pozycji wymagającej skupienia, stabilności i zaufania do własnego ciała.
„Co to za skarpety? Ściągać to! Co to ma być?” – padają słowa, po czym bez pytania zdejmuje jej skarpetki na oczach całej grupy.
Na pierwszy rzut oka to może wyglądać jak styl prowadzenia zajęć. Drobiazg. Energia. Charakter. Ale pod powierzchnią widać coś więcej. Moment, w którym autonomia ucznia zostaje zawieszona, a decyzja o jego ciele przejęta przez autorytet. I to w chwili szczególnej podatności: gdy ktoś jest odwrócony, skupiony i ma ograniczoną możliwość reakcji.
Język używany przez nauczyciela – rozkazujący, oceniający, podszyty demonstracją roli – nie jest neutralny. To sygnał hierarchii. W tej strukturze „nauczyciel wie lepiej”, a uczeń ma się dostosować, nawet kosztem własnego komfortu. Publiczny charakter takich sytuacji tylko to wzmacnia: jednostkowa interwencja staje się lekcją dla całej grupy. Granice nie są negocjowane, są redefiniowane przez przykład.
Warto tu oddzielić dwie rzeczy, które często się miesza: bezpieczeństwo i kontrolę.
TAK: Praktyka w zwykłych skarpetkach może zwiększać ryzyko poślizgnięcia się, szczególnie w pozycjach wymagających stabilności. Sensownym rozwiązaniem są skarpety antypoślizgowe albo praktyka boso. Problem zaczyna się wtedy, gdy zasada bezpieczeństwa staje się pretekstem do przekroczenia granicy. Bo nawet najbardziej uzasadniona zasada nie daje nikomu prawa do ingerowania w czyjeś ciało bez zgody.
Można poinformować. Można zapytać. Można zaproponować alternatywę. Można zatrzymać ćwiczenie. To wszystko są opcje. ZDJĘCIE KOMUŚ SKARPET BEZ PYTANIA NIE JEST JEDNĄ Z NICH!
Ten materiał wideo nabiera jeszcze większej wyrazistości, gdy zestawi się go z publicznymi wypowiedziami tego samego nauczyciela, który pisze wprost:
„Przemoc bywa niestety czasem jedyną skuteczną metodą wychowawczą… Czasem jest to marchewka, czasem kij.”
W tej logice przemoc przestaje być problemem. Staje się narzędziem. Czymś, co można dobrać do ucznia w imię efektu. To odwraca odpowiedzialność: to nie nauczyciel ma szanować granice, tylko to uczeń ma zaakceptować ich naruszenie jako część procesu.
A przecież największe nadużycia rzadko zaczynają się od spektakularnych zdarzeń. Zaczynają się od drobnych rzeczy. Od gestów bez zgody. Od języka, który zawstydza. Od sytuacji, w których jedna osoba staje się przykładem dla reszty.
Dziś ktoś zdejmuje ci skarpetki. Jutro poprawia cię trochę mocniej. Pojutrze przekracza granicę, której nie da się już tak łatwo wytłumaczyć.
I wszystko to dzieje się w tej samej logice: autorytet, brak zgody i stopniowa normalizacja. Argument bezpieczeństwa traci sens, gdy istnieją proste alternatywy takie jak komunikat, pytanie, zatrzymanie. Czyli działania, które respektują podmiotowość drugiej osoby.
I właśnie w tym miejscu kończy się kwestia „metody”, a zaczyna kwestia odpowiedzialności. Bo można znać sanskryckie nazwy. Można prowadzić kursy nauczycielskie. Można mieć certyfikaty i mówić o świadomości. Ale jeśli w praktyce ignoruje się granice fizyczne i psychologiczne ucznia, to nie jest to praca z uważnością. To jest praca z kontrolą i władzą.
I nie ma znaczenia, czy dzieje się to na macie, w garniturze czy w świątyni. Mechanizm jest ten sam: ktoś uzurpuje sobie prawo do decydowania o cudzym ciele.
Więc pytanie nie brzmi, czy to pomaga w praktyce. Pytanie brzmi: Czy w tej relacji twoje ciało i decyzje o nim nadal należą do ciebie?
Link do wpisu na fb: https://www.facebook.com/share/p/1EMcBLAN4C/
Dodaj komentarz