Kiedy dotyk staje się przemocą?

W świecie jogi mówi się dziś dużo o uważności, granicach i tworzeniu bezpiecznej przestrzeni. To słowa, które mają budować zaufanie i poczucie wspólnoty. Ale wystarczy jeden nieoczekiwany dotyk, dłoń położona bez uprzedzenia, korekta wykonana bez zgody, by cały ten starannie budowany fundament runął. A jednak mimo tej kruchości zaufania, dotyk wciąż traktowany jest w jodze niemal jak świętość. Manualne korekty to dla wielu nauczycieli nieodłączny element zajęć. Mają pomagać, pogłębiać, przyspieszać rozwój. Ale czy na pewno zawsze tak się dzieje? Czy naprawdę wiemy, gdzie, jak i po co dotykamy? A co ważniejsze czy mamy pewność, jak ten dotyk zostanie odebrany?

W odpowiedzi na te wątpliwości, renomowane szkoły wprowadzają tzw. karty zgody. To prosty rekwizyt: jedna strona oznacza zgodę na dotyk, druga brak zgody. To krok w dobrym kierunku, choć nie rozwiązuje wszystkich problemów. Czy uczeń naprawdę wie, na co się zgadza? Czy rozumie, w jakim kontekście, z jaką siłą, w jakich miejscach jego ciało może zostać dotknięte? Bo prawdziwa zgoda wymaga jasnych granic i pełnej informacji.

Zbyt często okazuje się, że ci, którzy stosują fizyczne korekty, nie są w stanie nawet jasno powiedzieć dlaczego to robią. Tu właśnie pojawia się problem, że praktyki przekazywane są zbyt często mechanicznie, bez zrozumienia ich źródeł i możliwych konsekwencji. W jodze często robimy coś „bo tak robił nasz nauczyciel”. Ale linia przekazu, powielana bez refleksji, może bywać myląca.

Jak pisze Matthew Remski: nie ma prawie żadnych historycznych dowodów na to, by nauczyciele jogi fizycznie korygowali swoich uczniów przed latami 30. XX wieku, czyli przed tym, co badacz jogi Mark Singleton nazywa „Odrodzeniem Asan w Mysore.” W tym okresie podejście do ciała było bardziej dyscyplinujące niż empatyczne.

Coraz więcej świadectw pokazuje, że dotyk, zamiast wspierać rozwój, bywał niestety narzędziem przemocy. Rachel Brathen, nauczycielka z Aruby, zapytała kiedyś swoich obserwatorów, czy doświadczyli nieodpowiedniego dotyku podczas zajęć jogi. Odpowiedziały setki osób. Wśród nich Karen Rain, była uczennica Pattabhiego Joisa (twórcy systemu Ashtanga) opisała, jak korekty były przez niego wykorzystywane jako narzędzie molestowania. Micki Evslin, inna praktykująca, gdy zgłosiła napaść, usłyszała od starszych członków środowiska odpuść sobie, on i tak już jest stary.

Dopiero po latach, gdy głos ofiar stał się nie do zignorowania, jeden ze spadkobierców linii przekazu, Sharath Jois, wnuk Pattabhiego Joisa, publicznie przeprosił za niewłaściwe korekty stosowane przez swojego dziadka. W swoim oświadczeniu wyraził ból związany z tym, że był świadkiem tych sytuacji, ale czuł się bezradny. Podkreślił, że należy mieć zero tolerancji dla nadużyć i niewłaściwego traktowania uczniów. Poprosił także, by ofiary wybaczyły dziadkowi, a społeczność jogi podjęła działania zapobiegające powtórzeniu się takich zdarzeń.

„Mój dziadek był moim guru i nauczył mnie wszystkiego, co wiem o asanach i kochałem go, ale bardzo przepraszam tych uczniów, którzy przechodzą przez ten traumatyczny ból.”

Był to jeden z nielicznych przypadków, gdy ktoś z wewnątrz struktury wziął odpowiedzialność. Dla wielu był to ważny gest, przełomowy i długo wyczekiwany. Dla innych spóźniony i niewystarczający. 11 listopada 2024 roku Sharath Jois zmarł nagle na atak serca w wieku 53 lat. Nie zdążył uciec od spuścizny przeszłości, ale przynajmniej zdążył się z nią zmierzyć. W świecie, który tak bardzo idealizuje zdrowie i długowieczność, ta historia przypomina, że prawdziwe znaczenie praktyki nie leży w elastyczności ciała, lecz w gotowości do spojrzenia prawdzie w oczy.

Problem nie dotyczy jedynie środowiska Ashtangi. W różnych nurtach od Kundalini po Iyengara, przez lata dochodziło do nadużyć ze strony uznanych nauczycieli, w tym również w naszym polskim środowisku. Przemoc przybierała różne formy. Czasem miała charakter jawny, czasem była subtelna, zakamuflowana duchowym językiem. Ale zawsze wiązała się z nadużyciem zaufania i pozycji. Niestety większość spadkobierców wielkich tradycji nigdy nie odniosła się publicznie do zarzutów wobec swoich mistrzów. Nie było przeprosin, nie było refleksji. W niektórych szkołach kontrowersyjni nauczyciele wciąż są stawiani na piedestale. Ich portrety nadal wiszą na ścianach, a ich metody powtarza się niczym święte dogmaty.

Milczenie trudno interpretować inaczej niż jako wybór lojalności wobec nadużyciowego systemu, a nie wobec uczniów, którzy zostali przez ten system zranieni. Wybrano to co łatwe, wybrano milczenie, ponieważ dla wielu nauczycieli głos sprzeciwu oznaczałby ryzyko, utratę certyfikacji, miejsca w strukturach, dostępu do rynku. Lojalność wobec mistrza bywa ważniejsza niż lojalność wobec ucznia. W efekcie zaufanie, które powinno być fundamentem, bywa zastępowane oddaniem wobec hierarchii i obawą przed sprzeciwem.

Dlatego pamiętajmy, że dziś każdy dotyk w jodze powinien zaczynać się od pytania: czy naprawdę służy uczniowi? Czy wspiera jego proces, czy może raczej realizuje wyobrażenie nauczyciela o idealnej asanie? Intencja nie wystarczy, nawet jeśli jest czysta, efekt może być raniący. Nie każda korekta to pomoc. Czasem to pokaz siły nauczyciela nad ciałem ucznia. Zamiast prowadzić, dotyk może dominować. Zamiast wspierać, narzucać. I niestety, zbyt często właśnie to robi.

Link do wpisu na oryginalnego wpisu na fb:
Granice Jogi – KIEDY DOTYK STAJE SIĘ PRZEMOCĄ? W świecie… | Facebook

Dodaj komentarz